Zła jakość powietrza w Polsce od kilku lat jest powracającym tematem doniesień medialnych. Coraz więcej mówi się o tym problemie, coraz większa jest też społeczna świadomość problemu. Świadczą o tym również liczne konferencje, odbywające się w ostatnim roku praktycznie w całej Polsce.

Problem dostrzegają również władze samorządowe. Na temat zarządzania jakością powietrza rozmawiali prezydenci i burmistrzowie, a także przedstawiciele ministerstw oraz organizacji pozarządowych i firm z branży ochrony środowiska podczas konferencji, która odbyła się 16 listopada br. w Warszawie. Konferencję zorganizował Związek Miast Polskich, Bussines Center Club oraz Stowarzyszenie Gmin Uzdrowiskowych.

Artykuł pochodzi z grudniowego wydania miesięcznika "Samorząd Miejski".

Wszyscy jesteśmy palaczami

W Polsce mocno zawyżone są dopuszczalne normy stężenia szkodliwych pyłów, typu PM 2,5 i PM10, które z silnie rakotwórczym benzo[a]pirenem oraz trującymi związkami chemicznymi (tlenkami siarki, azotu, tlenkiem węgla, metalami ciężkimi i sadzą) wchodzą w skład smogu. Szacuje się, że w skutek oddychania zanieczyszczonym powietrzem co roku przedwcześnie umiera ponad 40 tysięcy osób w Polsce, a na południu kraju całe populacje dzieci chorują na choroby układu oddechowego. Są badania pokazujące, ile „umownych” papierosów wypalamy rocznie, oddychając takim powietrzem.
Badania wykazują, że ponad połowa cząstek stałych i ponad 90% benzopirenu pochodzi z kominów domowych pieców (np. w centrum Krakowa jest ich blisko 30 tysięcy). Źródłem pozostałej części zanieczyszczeń są: ruch uliczny, zakłady przemysłowe i elektrociepłownie.

Monitoring na piątkę

Na razie Polska ma jeden z pięciu najlepszych w Europie systemów monitoringu – Państwowy Monitoring Środowiska (PMŚ). Niestety, wykazuje on, że powietrze w Polsce jest jednym z najgorszych w Europie. Lista zaniedbań jest długa. Brakuje planu działań. Brakuje norm dotyczących pieców, które są dostępne na rynku. Brakuje norm dla paliw stosowanych w tych piecach. Powoduje to takie paradoksalne sytuacje, jak w Krakowie, który wprowadził program wymiany pieców na ekologiczne z możliwością sfinansowania całości zakupu.
Okazuje się jednak, że w jego ramach zlikwidowano 3,5 tysiąca pieców węglowych, a w tym samym czasie przybyło ich 9 tysięcy. PMŚ nie zanotował żadnych zmian na swoich stacjach…

Społeczne wsparcie

Z drugiej strony w większości miast oddolnie organizują się ruchy społeczne. Zaangażowani mieszkańcy szukają przyczyn zanieczyszczonego powietrza i próbują wymuszać działania na władzach miejskich, ale też na administracji rządowej. Ustawa tzw. antysmogowa to jest właśnie ich zasługa. Aktywiści stosują nietypowe rozwiązania, np. wysyłają drony szukające winowajców niewłaściwego spalania paliw.
- W tej chwili widać żądania obniżenia alarmów poziomów dopuszczalnych stężeń szkodliwych substancji. Rzeczywiście jesteśmy krajem, który ma wielokrotnie wyższe progi niż inne kraje w Europie. Problem w tym, że jeśli je obniżymy do poziomów innych krajów, to w zasadzie w dzień rozpoczęcia sezonu grzewczego powinien zostać włączony guzik alarm smogowy i wyłączony, jak się skończy sezon – mówił Ryszard Pazdan, prezes Atmotermu.

Chaotycznie i wybiórczo

Dlaczego jest tak źle, chociaż zaangażowanie społeczne jest tak duże? Dlatego, że działania mające na celu poprawę jakości powietrza są chaotyczne i punktowe. Powodem takich wybiórczych działań są stosunkowo niewielkie środki finansowe. Istnieją co prawda programy ochrony powietrza, które wykazują konieczne działania naprawcze, sama firma Atmoterm zrealizowała 106 takich programów, w których zalecano wykonanie kilku tysięcy działań naprawczych. Są one potem uchwalane przez samorządy województw, następnie są kontrolowane przez inspektorów ochrony środowiska, a w końcu – jako że nie są realizowane – samorządy płacą kary. Realizacja tych programów bowiem wymaga czasu, pieniędzy i żelaznej konsekwencji. Dodatkowym problemem jest fakt, że programy są dobre w momencie ich tworzenia i uchwalania. Potem okazuje się, że brakuje pieniędzy na ich realizację. Miasta wybierają więc tylko niektóre z działań. W tym czasie następują zmiany środowiska, które nie są przez nikogo kontrolowane. Dodatkowym problemem jest fakt, że przez lata zabudowywano tzw. korytarze napowietrzające, czyli ciągi mające na celu umożliwianie „wietrzenia” miast. W 2010 roku z kolei zlikwidowano gminne i powiatowe fundusze ochrony środowiska, z których środki szły np. na walkę z niską emisją.

Konieczna diagnoza

Zasadniczą przyczyną złego stanu rzeczy jest brak diagnozy skutków podejmowanych działań. Praktycznie żaden z włodarzy polskich miast nie wie, gdzie reagować – mając ograniczone zasoby - i czy dana reakcja dała jakikolwiek skutek. Do tego, skądinąd świetny, Państwowy Monitoring Środowiska się nie nadaje, bo został skonstruowany do czegoś innego. Trudno sobie wyobrazić, by na podstawie tego monitoringu miasta podejmowały decyzje o indywidualnych likwidacjach, zamianach pieców czy reorganizacji komunikacji.
- Miasta rozpaczliwie potrzebują narzędzia do diagnozy, czy działania, które podejmują, jak likwidacja lokalnych kotłowni w
danej dzielnicy, ma sens czy nie – uważa R. Pazdan.

Bliski koniec uzdrowisk?

Zanieczyszczone powietrze jest dużym problemem dla gmin uzdrowiskowych, których większość leży w górskich kotlinach. Zwłaszcza zimą gwałtownie pogorsza się jakość powietrza, zatruwanego przez dymy przydomowych pieców. Tymczasem za dwa lata - jeśli uzdrowiska nie udowodnią leczniczych właściwości klimatu – mogą stracić swój status. A to będzie się wiązało ze stratami wizerunkowymi, bo bez słowa „Zdrój” w nazwie gminy te mogą stracić wielu kuracjuszy i turystów. Będzie się też wiązało z kłopotami finansowymi, bo gminy te stracą prawo do poboru opłaty uzdrowiskowej, która stanowi znaczną kwotę w ich budżetach.
Jak mówił Jan Golba, burmistrz Muszyny i prezes Stowarzyszenia Gmin Uzdrowiskowych RP, w ośrodkach leczniczych w uzdrowiskach pracuje około 16 tysięcy osób, a kolejne 80 tysięcy w ich otoczeniu, czyli w turystyce, hotelarstwie, gastronomii, usługach. Uzdrowiska dają więc pracę większej rzeszy ludzi niż górnictwo węgla kamiennego. Bez statusu uzdrowiska większość z nich straci pracę. A to będzie ogromnym obciążeniem budżetu państwa, bo gwałtownie w tych gminach wzrośnie poziom bezrobocia.
Gminy uzdrowiskowe czują się pozostawione same z problemem. - Polski rząd i polski parlament zapominają o tym, że uzdrowiska to nasza jedyna, narodowa, sieciowa marka. Produkt, który ma markę europejską – z piękną kartą niepodległościową, budowaniem zrębów państwowości, ze świetnym lecznictwem, gdzie najmłodsze uzdrowiska – jak Nałęczów – mają 200 lat, a są też takie, które mają 700. I teraz zostały pozostawione same sobie. Ja oczekuję, że stworzy nam się warunki do rozwoju – mówił Roman Ćwiek, burmistrz Nałęczowa. Burmistrz Lądka Zdroju z kolei opowiadał o tym, że nie ma możliwości założenia w starych XVIII-XIX-wiecznych budynkach nowoczesnego ogrzewania ekologicznego. Żaden inspektor nie wyda na to zgody, bo nie ma tam kominów ani wentylacji. Koszt zrobienia samych tylko kominów i wentylacji w jednej kamienicy wynosi 70 tysięcy zł. A miasto ma w takich budynkach ponad 534 mieszkania komunalne. - Ja teraz staję na głowie, żeby zrobić w Lądku obieg geotermalny, żeby całe miasto zamknąć i zasilić ciepłem z geotermii. Trzymajcie kciuki – mówił burmistrz Roman Kaczmarczyk.
Minister Środowiska zapewnia, że zamierza pilnie zająć się tymi kwestiami, jednym z głównych tematów poruszanych na spotkaniu grupy roboczej w ramach Krajowego Programu Ochrony Powietrza będą problemy uzdrowisk i niezbędne działania legislacyjne.

Co planuje minister?

Ministerstwo Środowiska ma świadomość, że samorząd terytorialny sam nie poradzi sobie z problemem, choć ma pewne instrumenty, jak ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym czy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Nie są to jednak narzędzia wystarczające. Krzysztof Melka z MŚ przyznał, że potrzebne są działania systemowe: legislacyjne, strategiczne, techniczne i edukacyjne. I resort środowiska zmierza w tym kierunku.
W 2015 roku powstał Narodowy Program Ochrony Środowiska, który zakłada m.in. upowszechnianie pieców spełniających
najwyższe standardy jakościowe (tzw. niskiej emisji), kontynuację programów termomodernizacji budynków zarówno mieszkalnych, jak i publicznych oraz zwiększenie wykorzystania odnawialnych źródeł energii. Minister środowiska chce też
zwiększyć kontrole zgodności zainstalowanego systemu ogrzewania z tym zawartym w projekcie budowlanym. W ramach prac legislacyjnych zamierza wprowadzić normy jakości dla paliw stałych. Na początku 2017 roku powinno wejść w życie rozporządzenie w tej sprawie. Jak mówił K. Melka, z merytorycznego punktu widzenia może ono być krótkie, zaledwie 1-stronicowe - zakazujące palenia w piecach do 1 MW mułem węglowym i flotokoncentratami. To produkty uzyskiwane z kopalnianego błota i wody, a także z procesu wzbogacania węgla, zawierające oprócz miału węglowego duże ilości szkodliwych metali ciężkich, które spalane przedostają się do powietrza, a potem osiadają na ziemi.
18 października br. został powołany Komitet Sterujący do spraw Krajowego Programu Ochrony Powietrza, który ma koordynować działania na rzecz poprawy jakości powietrza, jak też monitorować zaawansowanie działań wynikających z Programu. Kluczowym zespołem będzie międzyresortowy zespół ds. legislacyjnych. W ramach prac edukacyjnych z kolei w grudniu br. został zaprezentowany podręcznik, z którego samorządy mogą się uczyć, w jaki sposób realizować założenia gospodarki niskoemisyjnej.

Hanna Hendrysiak

Zapraszamy do lektury ostatniego wydania miesięcznika "Samorząd Miejski"